Droga do domu

„Na rozdrożach” to druga część biografii Wenantego Katarzyńca, w której czytelnik poznaje trudne wybory i duchowe poszukiwania przyszłego zakonnika podczas nauki w seminarium nauczycielskim we Lwowie oraz w seminarium duchownym w Krakowie. Zobacz, jak się zaczyna ta niezwykła historia!

 

Droga wije się wśród pól, mija pagórek porośnięty chaszczami i podchodzi pod las. Drzewa rzucają na nią wydłużone cienie. Czuć wilgoć i chłód, których nie może przemóc nawet najsilniejszy upał. Chciałbym położyć się w trawie i dać odpocząć nogom, ale słońce coraz niżej, a do domu jeszcze daleko. Dobrze przynajmniej, że kiedy skręcam na zalaną słońcem równinę, zrywa się mocniejszy wiatr. Zawsze trochę koszulę na plecach osuszy.

Po drodze mijam wioski, jedne mniejsze niż Obydów, inne nie, a wszystkie tak samo biedne. Bose dzieciaki ganiają za krowami, tak jak kiedyś ja, a starsi w pocie czoła obrabiają pola. Zboża jeszcze zielone, ale już w pas wysokie. Żeby tylko grad ich nie stłukł, zanim słońce wyzłoci kłosy, a łodygi stwardnieją.

Ludzie wszędzie dobrzy. Nieraz, kiedy w zagrodzie jakiej o kubek wody proszę, to mi i kromkę chleba w dłoń wcisną. Pewnie i po mnie widać niedostatek. Bieda to nie wstyd, bo tu mało komu dobrze się powodzi. Wstyd jest potrzebującemu ręki nie podać, a nawet grzech. Tyle że nie zawsze się da, kiedy samemu ma się niewiele.

Sprawdź, jak zaczyna się pierwsza część

Szczęść Boże – wołam do kosiarza, który za każdym machnięciem kosy kładzie na ziemi łan trawy. Zostawia za sobą pasy równo złożonych roślin, które później słońce zmieni w siano.

– Daj Boże – odpowiada, nie przerywając pracy. Miarowym krokiem przemierza pole, tylko raz na jakiś czas zatrzymuje się, rękawem ściera pot z czoła i wznawia wędrówkę.

Ciekawe, czy ojciec już pokosił. Może zdążę mu pomóc? A jak nie, to przy składaniu siana już na pewno się przydam.

Dzień powoli się kończy, ale na szczęście pomiędzy drzewami widać już wieżę kościoła w Kamionce Strumiłowej. Stamtąd jeszcze tylko cztery kilometry i będę w Obydowie. Wyciągam różaniec. Zanim dojdę, zdążę się pomodlić za rodziców i siostrę, żeby ich Pan Bóg w zdrowiu zachował. I jeszcze, żebym pomyślnie zakończył naukę i dostał promocje do następnej klasy.

Robię znak krzyża i już po chwili palce wędrują po paciorkach, a ja towarzyszę Jezusowi w tajemnicach bolesnych. Od razu ogarnia mnie spokój. Znika wszystko, co mnie gryzie.

Nagle mocny podmuch wiatru podrywa kurz z traktu i porywa czapkę, którą z uszanowania dla modlitwy zdjąłem z głowy i zaczepiłem za sprzączkę od torby. Kaszkiet leci kawałek w powietrzu i ląduje na trawie za potoczkiem, który oddziela drogę od łąki. Wieszam różaniec na krzaku, przeskakuję rów i idę odzyskać zgubę. Wracam z głową zadartą, żeby sprawdzić, czy jaka burza nie nadciąga, a wolną dłonią sięgam po różaniec i zahaczam palcem o wystający kolec. Ukłucie zostawia na skórze czerwoną kropelkę. Niewiele myśląc, krwawiące miejsce przykładam do ust. Gdy ruszam dalej, szukam w myślach miejsca, w którym przerwałem pacierz.

Trzecia tajemnica bolesna, cierniem ukoronowanie – przypominam sobie i wznawiam modlitwę, lecz po chwili przerywam ją porażony odkryciem. Mnie to małe ukłucie tak dokuczyło, żem odskoczył prawie że z krzykiem, a Pan Jezus dał sobie całą koronę z cierni na głowę włożyć. I z całych sił szukam w wyobraźni, jaki ból musiał sprawić każdy kolec wbity w Jego skroń, żeby mu chociaż współczuciem w cierpieniu ulżyć.