Hej! Miło, że chcesz poznać kolejną część mojej historii. Na początku będzie jeszcze trochę pod górkę, ale potem mój los się odmieni. Poznam pierwszego człowieka, który mnie pokocha! Poza tym będzie się dużo działo. Zaczynajmy!
Przeczytaj najpierw pierwszą część moich przygód, jeśli jeszcze jej nie znasz.
Słońce oderwało się od horyzontu i zaczęło swą wędrówkę po niebie. Wiatr rozwiewał ziarenka piasku i śpiewał o nieprzebytych głębinach oceanu. Plaża wyglądała tak samo jak ta, przy której była nasza nora. Obwąchałem każdą wydmę, każdy kamień i każdą kępę traw. Znalazłem mnóstwo tropów, ale nigdzie nie natrafiłem na żaden ślad mojej psiej rodziny. Zwinąłem się w kłębek, ułożyłem głowę na łapach i patrzyłem, jak słońce zatacza krąg po niebie.
W powietrzu unosił się zapach jedzenia. Mój żołądek warknął i przewrócił się dołem do góry. To było nawet śmieszne, tylko że bolesne. Próbowałem otworzyć oczy – nie dało się. Pomyślałem, że to bardzo dobrze, bo nie będę musiał patrzeć na psy w klatkach naprzeciwko. Potem zrozumiałem, że nie słyszę szczekania, ale nie miałem siły zawracać sobie tym głowy, zwłaszcza że leżałem na czymś miękkim i nie trząsłem się z zimna, czyli byłem szczęśliwy.
Przez jakiś czas delektowałem się tym stanem, w końcu zaczęło do mnie docierać, że kiedy ostatnio było mi tak dobrze, mieszkałem w norze pod mostem, a tamten świat bezpowrotnie przeminął – tego byłem pewny. Zebrałem wszystkie siły i udało mi się unieść powiekę. Zobaczyłem Leona. To znaczy wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to Leon. Był dla mnie kolejnym człowiekiem. Ludzie, których znałem do tej pory, chcieli, żebym robił „siad” albo „leżeć” i nigdy nie byli zadowoleni. Ten tutaj nie kazał mi nic robić, tylko patrzył tak jakoś… ze smutkiem. Potem moja powieka opadła i znowu zapanowała ciemność, w której czasem pojawiała się mama, a czasem czułem słodkawy zapach, przypominający człowieka o smutnych oczach.
Dużo później, kiedy już się zaprzyjaźniliśmy, zrozumiałem, że ten zapach bierze się z zielonej butelki, nazywanej „flaszeczką”. Wtedy w pierwszy dzień naszej znajomości był dla mnie informacją, że człowiek, który nie chce zrobić mi krzywdy, jest w pobliżu.
Lubiłem, kiedy przychodził. Był okrągły, miał na twarzy dużo sierści i ciągle mówił: „Nie daj się mały”. Oczywiście nie rozumiałem ani słowa, ale nie miał kija, więc był człowiekiem idealnym.
Prawie cały czas spałem. Przez sen słyszałem głosy ludzi, robiło się cicho, kij zmuszał mamę, żeby robiła „siad”. Leon pochylał się nade mną. Siostra biegła po plaży, a potem leciała jak mewa. Nie wiedziałem, co dzieje się naprawdę, a co kłębi się w mojej głowie. Prawdziwy był ból. Razem z nim zasypiałem, czekał, kiedy się obudzę, był we mnie i poza mną – pulsował, narastał, eksplodował. Piszczałem, jeśli miałem siłę, albo próbowałem tak się ułożyć, żeby bolało jak najmniej.
Zapach Leona prawie zawsze był blisko. Czułem także innych ludzi i z czasem przyzwyczaiłem się do nich, ale jednego człowieka nie mogłem znieść. Czuć go było psami i jeszcze czymś bardzo drażniącym. Interesował się moją szyją, kuł mnie w okolicach ogona, a czasem w łapę i wtedy Leon pilnował, żebym nią nie ruszał. Gdybym miał więcej siły, pokazałbym jednemu i drugiemu, co potrafią moje zęby.
Któregoś dnia zbudziłem się wcześniej niż zwykle i czegoś mi brakowało. W pierwszej chwili pomyślałem, że chodzi o Leona, bo nigdzie go nie widziałem. Dopiero kiedy się przeciągnąłem, odkryłem, o co chodzi – zabolało gdzieś za uchem, w głowie, w oku, ale już nie tak mocno jak na początku.
Nie miałem pojęcia, gdzie jestem, a że było ciepło i ciemno, nowa nora bardzo mi się spodobała. Za to miałem inny kłopot. Po raz pierwszy, odkąd poznałem Leona, poczułem, że muszę za potrzebą i to zaraz. Wierciłem się, popiskując, i już miałem pozbyć się kłopotu, kiedy usłyszałem:
– Chyba już czas, żebyś zaczął załatwiać te sprawy jak należy. Ile będę za tobą sprzątać?
Tak głośno nie mówił nawet człowiek z kijem. Skuliłem się ze strachu i czekałem na coś przykrego, a wtedy wielkie łapy znalazły się pod moim tułowiem i już po chwili zostałem wyniesiony poza norę. Gdzieś w oddali szumiało morze, ale dla mnie najważniejsze były zarośla, w których zostałem położony. Od tamtej pory z pomocą mojego opiekuna odwiedzałem je regularnie.
Poza tym okrutnie mi dokuczał, a ja nie mogłem się bronić, bo coś dziwnego działo się z moim karkiem. Co to było, dowiedziałem się dużo później, kiedy miałem już na tyle siły, by stanąć na nogi. Okazało się, że świat jest skrzywiony, a kiedy chciałem go wyprostować, traciłem równowagę i spadałem na pysk. W każdym razie, kiedy jeszcze byłem bardzo słaby, mój kark wiele Leonowi ułatwiał. Mógł bez przeszkód wlewać mi do pyszczka różne świństwa, od których robiło mi się źle w całym brzuchu, albo przykładać do tego bolącego miejsca na szyi jakieś śmierdzące gałgany.
– Zuch z ciebie Puchaczu. – Mój dokuczyciel był bardzo zadowolony, kiedy kolejny raz udało mu się naszprycować mnie gorzkim płynem. – A teraz może byś coś zjadł? – dodał, wymachując mi przed nosem saszetką wypchaną czymś miękkim. Rozerwał ją i wycisnął mi do pyska jakąś papkę, która natychmiast się rozpuściła. Wypychałem język, żeby się pozbyć tej ohydy, bo nie umiałem jej połknąć, ale i tak spora część lądowała w moim brzuchu. Obiecywałem sobie, że jak tylko będę miał więcej sił, policzę się z moim dokuczycielem.
Nigdy tego nie zrobiłem. Przywykłem do głosu Leona i do ciepłych dłoni. Z każdym dniem chciało mi się jeść coraz bardziej, przełykanie było coraz łatwiejsze, a w końcu znowu mogłem używać zębów do rozdrabniania jedzenia.
Byłem coraz silniejszy. Już nie spałem całymi dniami i miałem ochotę na chodzenie. Stawałem na tylnych łapach, potem na przednich, tylko głowa nie chciała oderwać się od posłania. A jeśli nawet udawało mi się ją unieść, wszystko wkoło zaczynało wirować, a to, co zjadłem, koniecznie chciało wrócić do mojego pyska.
– Dawaj, dawaj. – Leon wytrzeszczał oczy i zaciskał pięści, jakbym przez to miał lepiej sobie poradzić, ale nie pomagało.
Nie rozumiałem, co się dzieje, i Leon chyba też nie. Chodził tam i z powrotem koło mojego legowiska i drapał się po sierści na twarzy.
– To na pewno przejdzie, Puchaczu, musimy jeszcze trochę poczekać – powiedział, gładząc mnie po głowie. Nie miałem pojęcia, co mówił, ale miał smutne oczy i było mi go żal. Polizałem te jego paluchy, a on uśmiechał się do mnie (oczami, bo usta zasłaniała mu sierść) i wtedy poczułem się trochę tak, jakby była przy mnie mama.
– Wstawaj, Puchaczu, pora brać się do roboty! – Leon znalazł nowy sposób, żeby mnie gnębić. Kładł się na posłaniu, stawiał mnie na swoim brzuchu i podtrzymywał mi głowę. Wszystko było dobrze, dopóki nie zabrał rąk. Bez podpórki leciałem przed siebie, a łapy z grubymi paluchami łapały mnie.
– Z tego kundla nic nie będzie – znałem ten głos, ale człowieka, do którego należał, nigdy wcześniej z bliska nie widziałem. Leżałem akurat na brzuchu Leona z głową pod jego pachą, bo tak ułożyłem się w locie, ale od razu poczułem niepokój.
– Nie twoja sprawa, Chudy.
– Nie moja sprawa?! Wydałeś na weterynarza całą naszą kasę i wszystko na marne. Ta łamaga nigdy nie będzie chodzić.
– Nie waż się tak mówić o moim psie! Puchacz miał porozrywane mięśnie i ścięgna, ale coraz lepiej mu idzie, zresztą niedługo zaczynamy rehabilitację.
– Rehabilitację? A kasę skąd na to weźmiesz?
– Żebym miał nie jeść, mój pies będzie zdrowy!
– Dlaczego tak się przejmujesz jakimś starym kundlem znalezionym na wysypisku? Ktoś się pozbył darmozjada, a ty głupi tracisz na niego czas i pieniądze.
– Nie znasz się. To psie dziecko, a ten, kto go tak urządził, kiedyś za to zapłaci.
– Akurat! Co mu zrobisz?
– Ja nic, takim ludziom życie wypłaca należność w takiej walucie, jaką sami się posługują. Pamiętaj o tym, Chudzielcu. A skoro mowa o pieniądzach, idziemy zarobić. A ty piesku odpocznij sobie, wrócę wieczorem.
Kiedy Leon odchodził, było mi smutno. Tęskniłem i bałem się, że nie wróci. Najczęściej spałem, bo nie miałem nic innego do roboty, albo suwałem się po ziemi i obwąchiwałem otoczenie.
Tamtego dnia przespałem całe popołudnie, a kiedy się zbudziłem, mieszkańcy naszej nory, jak co wieczór siedzieli wokół urządzenia, do którego co jakiś czas ktoś wrzucał kawałek drewna.
Leon też tam był. Ucieszyłem się i postanowiłem go odwiedzić. Podniosłem tułów, wytężyłem wszystkie siły i udało mi się trochę unieść głowę. Przed oczami zawirowały kolorowe robaczki i… głowa wróciła na miejsce. Leżałem, wsłuchując się w głosy ludzi, i było mi bardzo źle. Wtedy zrobiłem to pierwszy raz – z uniesionym tułowiem i głową na ziemi „poszedłem” do Leona.
Przywitał mnie śmiech i krzyki:
– Patrzcie na tego durnego kundla!
– Pokraka!
– Co za wariat!
Zrozumiałem, że krzyki mają związek ze mną. Wlazłem pod ławkę i położyłem po sobie uszy. Leon wstał. Myślałem, że jest na mnie zły, lecz on wziął mnie na ręce i ryknął.
– Cisza! Z szacunkiem do mojego psa. To bohater.
Wciąż myślałem, że krzyk skierowany jest do mnie. Żałowałem, że nie zostałem na swoim miejscu, a wtedy… Leon pocałował mnie w czoło. Tak, tak, psy mają czoło, tylko że rośnie na nim sierść. Potem byłem wielokrotnie całowany, stąd wiem, że ludzie w ten sposób wyrażają sympatię – jakby nie wystarczyło obwąchiwanie. Wtedy nie miałem pojęcia, o co chodzi, a ponieważ często nie wiedziałem, o co chodzi, a całowanie nie bolało, uznałem, że nie będę robić z tego problemu.
W końcu Leon położył mnie na ziemi, obok swoich nóg, a przed moim nosem wylądowała bagietka. Oczywiście nigdy wcześniej nie jadłem czegoś takiego, ale potem często pojawiała się przed moim nosem. Pokochałem ją od pierwszego kęsa. Była puszysta, pachnąca i szybko rozpuszczała się na moim języku.
– Dobre no nie, Puchaczu? – Leon pociągnął coś z flaszeczki i uśmiechnął się od ucha do ucha. Chyba rządził w tym stadzie, bo inni robili to, co on – popijali i rzucali mi jedzenie. Tylko ten jeden, który wcześniej rozmawiał z Leonem, spojrzał na mnie ze złością i splunął.
– Darmozjad!
Nie przejąłem się tym, bo przecież nic nie rozumiałem, do momentu, kiedy zamachnął się na mnie butelką i zawołał:
– Poszedł stąd!
Machanie butelkami przypomina machanie kijem. Warknąłem i to bardzo głośno. Leon pokręcił głową, jakby mi odradzał takie rzeczy, i zwrócił się do plujaka:
– Daj spokój, Chudy, dobrze ci radzę.
– Ty, Leon, nigdy nie zmądrzejesz. Sam nie masz dachu nad głową i tylko patrzeć, jak cię pałkarze zamkną. Ciekawe, co się wtedy z nim stanie?
Leon popatrzył na Chudego tak, jakby chciał go zdzielić swoją flaszką, ale tego nie zrobił. Wstał, wziął mnie na ręce i wyniósł na zewnątrz, gdzie załatwiliśmy swoje potrzeby, a potem poszliśmy spać. Fajnie się leżało przy jego miękkim brzuchu, tylko trochę przeszkadzało mi warczenie, bo Leon warczał przez sen. Z czasem przyzwyczaiłem się i do tego, i do wszystkiego, co działo się wokół, tylko nie do Chudego.
Nie lubił mnie. Widziałem to w jego oczach, dlatego nigdy nie „podchodziłem” do niego zbyt blisko. Z tym „podchodzeniem” szło mi coraz lepiej. W zależności od sytuacji głowę pchałem przed tułowiem albo ciągnąłem ją za nim. Udawało mi się ją czasem na chwilę podnieść, ale wygodniej było, kiedy leżała na ziemi.
W naszej norze, zwanej magazynem, najczęściej nocował Leon, Chudy i ja. Pojawiali się też inni ludzie. Jedni zostawali krócej, inni dłużej. Nie pozwalałem nikomu podchodzić, a tym bardziej dawać głasków, chociaż chętnych nie brakowało. Co to za zwyczaje, żeby patrzyć psu w oczy, wyszczerzać zęby i wyciągać do niego łapska, kiedy jeszcze nie było oficjalnego obwąchania?
Jedyną osobą, która mogła to robić, drapać za uchem, a nawet tarmosić i mówić: „Jesteś najdzielniejszym psem pod słońcem”, był Leon. Wylegiwaliśmy się całymi dniami albo zajadaliśmy różne pyszności, ale to wcale nie znaczy, że przestał mi dokuczać. Pewnego dnia mnie wykąpał! Naprawdę to zrobił. Najpierw powycinał kołtuny z mojego futra, a potem zaniósł mnie nad morze i ponacierał pieniącym płynem. Jak ja wtedy prychałem, jak szczerzyłem zęby – nic mi to nie pomogło. Musiałem cierpliwie znosić te wszystkie przykrości.
Popołudniami Leon i Chudy wychodzili. Nie wiem gdzie, ale miało to związek z pudłem, które należało do Chudego. Wracali z wypchanymi torbami, zasiadali przy tym ciepłym urządzeniu, (a ja pod ławką) i zaczynała się uczta. Kiedy wszyscy sobie podjedli, Chudy wyciągał pudło i wydobywał dźwięki – z niego i z siebie. Wtedy dało się go lubić, szczególnie, kiedy dźwięki były smutne. I właśnie po jednym z takich wieczorów przypomniałem sobie, jak prawidłowo trzyma się głowę.
Kiedy pies poczuje więź z człowiekiem, natychmiast przejmuje nad nim opiekę – nawet taki młody kundel z wykrzywioną głową, którym byłem w tamtym czasie. Dzięki temu, że miałem wszystko na oku, Leon był bezpieczny.
Tamtego dnia przyszło dwóch nowych, których zapach bardzo mnie niepokoił. Leżałem pod ławką i powarkiwałem na nich, co nie podobało się Chudemu.
– Won stąd, ty zapchlony kundlu! – powtarzał bez przerwy. Nietrudno było odgadnąć, że chciał się mnie pozbyć. Gadał o czymś z nowymi i cała trójka bez przerwy patrzyła mi w oczy, czego wybitnie nie cierpię. Byłem podwójnie czujny, a kiedy poszliśmy spać, leżałem z otwartymi oczyma i czekałem.
W pewnej chwili usłyszałem, że ktoś skrada się w ciemności. Ludzie lubią łazić po nocy. Szurają stopami, potykają się, trzaskają drzwiami – jednym słowem są głośni. Nie bardzo rozumiem, dlaczego tak robią i wcale mnie to nie obchodzi (chyba że wstającym jest Leon). Co innego, kiedy ktoś udaje, że dalej leży, podczas gdy jest przy naszym legowisku.
Warknąłem ostrzegawczo.
Leon zerwał się w jednej chwili i wycelował w napastnika światłem z latarki, po czym złapał go za ubranie, podniósł i huknął mu prosto w twarz: – Chciałeś mnie okraść!
– Nie okraść, tylko zabrać co nasze – odezwał się drugi nieznajomy, ukryty w ciemności. – Działasz na naszym terenie, więc musisz podzielić się zarobkiem.
– Chudy! – ryknął Leon, a gdzieś w oddali dało się słyszeć stłumiony jęk.
– Chudy nie może ci pomóc. Dawaj kasę!
Nie mogłem wiedzieć, o czym rozmawiają, ale dobrze pamiętałem, jak się kończą takie odwiedziny w środku nocy i nie miałem zamiaru drugi raz dać się złapać. Wytężyłem całą uwagę i kiedy nieznajomy był blisko, rzuciłem się w ciemność.
– Aj, aj, aj! – rozległ się wrzask, co znaczyło, że moje zęby dobrze się spisały. Użyłem ich do najmocniejszego gryza, jakiego kiedykolwiek zrobiłem. Aż mnie zabolała szczęka. Pomimo tego byłem gotowy gryźć dalej, co potwierdzałem warczeniem.
Leon oświetlił krzyczącego, który podciągną nogawkę spodni i przyglądał się dziurom po moich zębach na łydce. Kiedy zalało go światło, zostawił oględziny i ruszył w naszym kierunku. To był błąd. Leon to duży człowiek, a ja, chociaż wtedy jeszcze tego nie wiedziałem, też nie należę do małych stworzeń.
W kotłowaninie rąk, nóg i łap nie wiedziałem, gdzie mam kierować zęby. Słychać było sapanie i stękanie, a w końcu odgłos kroków biegnących ludzi.
– Wynoście się i żebym was tu więcej nie widział! – Leon pogroził nieznajomym pięścią i poszedł w kierunku legowiska Chudego. Nadal słychać było stamtąd jęki. Miałem rację, że obawiałem się nieznajomych. Zrobili z Chudym to samo, co kiedyś ze mną – pookręcali go sznurem i jeszcze włożyli mu coś do ust.
– Byłeś z nimi w zmowie. – Leon odkorkował Chudego.
– Co ty, Leonku, nie widzisz, jak mnie urządzili?
– Nie wierzę w ani jedno twoje słowo! Gdyby nie Puchacz…
W tym momencie ponownie zalał mnie strumień światła, zza którego rozległ się wyjątkowo głośny ryk:
– Puchaczu, ty chodzisz! – Leon klęknął przede mną i zaczął obmacywać moją szyję. Dopiero wtedy załapałem, że przez cały czas głowę trzymam w powietrzu.
– Może byś mnie tak rozwiązał? – upomniał się Chudy, ale Leon nie zwracał na niego uwagi. Wziął mnie na ręce i zaczął wirować. To nie było zbyt mądre. Z miejsca zakręciło mi się w głowie i żołądku. Zapiszczałem, ale on widocznie uznał, że jestem zadowolony, bo dalej się kręcił, a w dodatku co chwilę całował mnie w czoło.
– Puchaczu, ty mój obrońco – śpiewał, a kiedy w końcu postawił mnie, natychmiast zanurkowałem głową w ziemię.
– Rozwiąż mnie wreszcie!
– Muszę się zastanowić, bo widzisz, Chudzielcu, nie do końca wierzę, że jesteś niewinny. Szkoda, że ci twoi znajomi uciekli tak szybko. Miałbym ochotę pogawędzić sobie z nimi. I coś mi się zdaje, że wiele mogliby mi wyjaśnić.
– No co ty, Leon? Nie widzisz, że mnie związali?
– Widzę, widzę, ale nie mam pewności, czy to nie jakaś ściema. Dam ci dobrą radę: uważaj na tego psa. On potrafi wyczuć oszusta na kilometr.
– Twój pies wywinął kozła i leży jak nieżywy.
– Co mu nie przeszkadza gryźć. Chcesz się przekonać?
– Daj spokój, nie będziemy się kłócić.
– Racja, nie będziemy, ale pamiętaj mamy cię na oku.
Leon rozwiązał Chudego i pozbierał mnie z ziemi. Bałem się, że znowu zacznie kręcić się i śpiewać, ale on chyba wiedział, że nie najlepiej się czuję. Zaniósł mnie na posłanie i poszliśmy spać.
Wtedy nie miałem pojęcia, jakie okropności czekają mnie w najbliższym czasie.
I to na razie tyle. Wkrótce pojawi się kolejna cześć mojej opowieści. Do zobaczenia, a tymczasem przeczytaj fragment powieści Wakacje z Bestią. Też jestem jej bohaterem, chociaż to zupełnie inna historia.


