PAPIEROWE LALKI – Część III

Stanisława Żak (z domu Charchan) urodziła się 05 listopada 1943 roku na Kresach Wschodnich Rzeczypospolitej w Czyszkach pod Nowym Samborem (przedwojenne województwo lwowskie). Kiedy miała pięć lat, razem z rodziną została deportowana w głąb Rosji. Poznaj losy niezwykłej kobiety, która ocalała z wygnania na Sybir.

PAPIEROWE LALKI – Część I                                                                                             PAPIEROWE LALKI – Część II

Spis treści:

Maszyna do szycia i nowa sukienka
Tamtej Polski już nie ma
„Wyzow”
Jestem Polką!

 

Realia życia w powojennej Polsce nie są łatwe, zwłaszcza dla rodziny, która musi zacząć wszystko od nowa. Kraj z trudem dźwiga się ze zniszczeń wojennych, władza podległa Kremlowi kontroluje wszystkie dziedziny życia, ludzie boją się otwarcie mówić o wielu sprawach. Pobytem na Sybirze też nie warto się chwalić.

  – Nikt nie wiedział, że byliśmy na zesłaniu. Gdybym się komuś przyznała, musiałabym chociaż trochę opowiedzieć, a to mogło być niebezpieczne. Przecież ZSRR to nasz „przyjaciel”. W Polsce nie było takich represji jak w Rosji, ale i tu należało uważać, co się mówi. Wróciliśmy zdrowi i cali, z miejsca, z którego niewielu ludziom udało się wyrwać. Chciałam spokojnie żyć, uczyć się i zapomnieć o tym, co mnie spotkało w dzieciństwie.

 

Maszyna do szycia kupiona w larach pięćdziesiątych w Chabarowsku
przez panią Annę Charchan

Maszyna do szycia i nowa sukienka

Początek lat pięćdziesiątych przyniósł zesłańcom poprawę warunków bytowych. Przyczyną były zmiany, które zaszły w Związku Radzieckim po śmierci Stalina. W sklepach pojawiały się produkty, których wcześniej nie było, pieniędzy wystarczało na więcej. Zniesiono część zakazów, między innymi można było hodować zwierzęta. Dla rodziny pani Stasi jednym z wydarzeń świadczących o poprawie sytuacji był zakup maszyny do szycia.

  – Maszyna bardzo dużo kosztowała, ale przecież większość rzeczy szyło się ręcznie, więc była potrzebna. Po materiał na ubrania jeździło się do Chabarowska, ale przynajmniej w tamtych latach można było już coś kupić, bo wcześniej wszystkiego brakowało. Kiedy miałam dziewięć lat, w czasie wakacji chodziłam „za szosę” bawić dziecko pewnej pani, pracującej na lotnisku. Dostałam za to materiał, a mama uszyła mi sukienkę.

Wesele
Suchoputnyj Aeroport – 1952r.
fot. zbiory własne Stanisława Żak

Oprócz poprawy warunków życiowych dało się też odczuć złagodzenie represyjnej polityki wobec deportowanych. Chociaż na początku pobytu poinformowano ich, że do domów nigdy nie wrócą, zaczęły dochodzić wieści, że polski rząd ubiega się  o powrót swoich obywateli. Rodzina Stasi jeszcze wtedy nie miała szansy na powrót, ale Stasia już planowała podróż do ojczyzny.

  – Chabarowsk, Ural, Moskwa, Kraków – jechałam palcem po mapie, bo wierzyłam, że moje miejsce jest w Polsce. Wyszukiwałam w książkach informacji, jaki tam jest klimat, jaka przyroda – przygotowywałam się do powrotu. Oczywiście po przyjeździe do ojczyzny, wszystko okazało się inne niż myślałam, ale już wtedy wiedziałam, że kiedyś wrócę do tego kraju, za którym tęskniła mama i babcia.

Tamtej Polski już nie ma

Kraj, „za którym tęskniły mama i babcia”, nie tylko Stasi wydaje się inny niż na obrazkach w książce. Polski, którą pamiętali jej rodzice, już nie ma. Chociaż zostali ograbieni ze wszystkiego, co posiadali, nie mają prawa upomnieć się o majątek i nie mogą liczyć na żadną pomoc ze strony państwa. Żeby utrzymać dzieci i zdobyć pieniądze na dom, znowu muszą pracować ponad siły – na etacie i po godzinach, bo z pensji nie da się wiele odłożyć.

 

Karta pracy Pani Anny Charchan

– Po powrocie przez jakiś czas mieszkaliśmy u cioci Radjowskiej, ale nie mogliśmy „siedzieć jej na głowie” w nieskończoność. Przecież ona miała na utrzymaniu swoją rodzinę. Ojciec jakimś cudem wystarał się o tymczasowe lokum. To był domek na strzelnicy wojskowej, bez prądu i wody, oddalony od miasta o pięć kilometrów. Codziennie chodziłam stamtąd do szkoły na piechotę, tylko na zimę wróciłam do cioci.           

Przełomowym momentem dla polskich zesłańców i więźniów przebywających w łagrach była śmierć Stalina i złagodzenie represji w związku ze zmianami politycznymi, jakie wówczas nastąpiły. Skracano wyroki, darowywano kary, a zapowiadany darmowy pociąg rzeczywiście przyjechał i zabrał tych, którzy odważyli się do niego wsiąść. Deportowani tęsknili za Polską, nie mogli pogodzić się z tym, że los rzucił ich na obczyznę, a jednak decyzja o powrocie wcale nie była łatwa. Ludzie obawiali się represji, aresztowań, napiętnowania przez resztę społeczeństwa. Poza tym „odwilż”, jaka nastała po śmierci Stalina, dawała nadzieję na trwałe polepszenie warunków życia.  Najpierw jednak trzeba było przeżyć żałobę narodową” po wodzu .

  – To był marzec. Na dziedzińcu szkoły zorganizowano apel i oznajmiono nam, że umarł Ojciec narodu. Przez radiowęzeł leciały pieśni patriotyczne, a myśmy żegnali Stalina, płacząc. Naprawdę. Potrafili stworzyć taką atmosferę, że wszyscy wylewali rzewne łzy, jak za kimś bliskim.

„Wyzow”

Rodzina Charchanów powoli przyzwyczaja się do życia w Polsce. Stasia łączy naukę w liceum z popołudniowymi lekcjami języka polskiego. Jej rodzicom udaje się odłożyć trochę pieniędzy, za które kupują dom, a w zasadzie ruderę bez połowy dachu. Stać ich na wyremontowanie i urządzenie tylko jednego pomieszczenia, ale wreszcie są u siebie.

 

Michał Charchan Berlin – 06.05.1945r.
fot. zbiory własne Stanisława Żak

 

– Ucząc się polskiego, nie mogłam zrozumieć, dlaczego w jednym słowie wymawia się „i” a w innym „j”. Mówiłam „Egipcianie”, zamiast Egipcjanie, a w szkole wszyscy się ze mnie śmiali. Dopiero jak zaczęłam chodzić na dodatkowe lekcje, powoli poznawałam zasady polskiej pisowni i wymowy.

W połowie lat pięćdziesiątych Michał Charchan opuścił łagier. Wiele lat wcześniej, po zwycięskiej walce o Berlin wysłał żonie fotografię z dedykacją: „moje drogie serce”. Żeby połączyć się z tym sercem, po odzyskaniu wolności,  musiał pokonać ponad osiem tysięcy kilometrów, które dzieliły Archangielsk od Chabarowska. Co czuł, kiedy po niemal dziesięciu latach witał się z rodziną? Czy w kobiecie, która wyszła mu naprzeciw, rozpoznał żonę, a w dorastających dzieciach tamte maluchy z Czyszek? Stasia przesłała mu do łagru pocztówkę z podobizną dziewczynki i chłopca, a że nie miał żadnej fotografii rodziny, lubił patrzeć na te radosne, rosyjskie dzieci i wyobrażać sobie, że to jego córka i syn. Kartka była dla niego tak cenna, że przywiózł ją ze sobą do Chabarowska, a potem do Polski.

Pocztówka wysłana przez Stasię do ojca przebywającego w łagrze

– W 1955 roku ojciec został zwolniony z łagru i do nas przyjechał. Samego momentu przywitania nie pamiętam, ale byłam szczęśliwa, bo bardzo mi go brakowało. Nigdy nie chciał mówić, co przeżył w niewoli, wiem tylko, że otarł się o śmierć i gdyby w pewnym momencie nie dostał się do pracy w kuchni, nie przeżyłby łagru. Kiedy byłam na studiach i przerabiałam powieść „Jeden dzień Iwana Denisowicza”, zapytałam ojca, czy życie w łagrze było takie, jak je opisuje Sołżenicyn. Potwierdził, ale nic więcej nie chciał mi powiedzieć.

Niedługo po tym, jak ojciec Pani Stasi przyjechał do Chabarowska, ogłoszono amnestię dla Sybiraków. Można było wracać do kraju. W pierwszej kolejności należało uzyskać „wyzow”– pozwolenie na wyjazd i tu zaczęły się problemy. Panią Annę, jej matkę i dzieci zabrano z Czyszek, które już wtedy znajdowały się na terenie Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, więc według rejestrów NKWD, Charchanowie byli Ukraińcami. Sprawę narodowości udało się sprostować na podstawie dokumentów, jakie pan Michał otrzymał po zwolnieniu z łagru. Była tam informacja, że jest Polakiem. Dodatkowo mieszkająca w Przemyślu krewna zaświadczyła, że Katarzyna Szydłowska, jej córka Anna oraz wnuki Stasia i Janek są Polakami.

  – Musieliśmy postarać się o „wyzow” – formalne zaproszenie wyrobione przez kogoś z Polski, ale nie mogliśmy pisać bezpośrednio do kraju. Na naszą prośbę rodzina z Czyszek nawiązała kontakt z wychowanką babci, która z mężem i synem mieszkała w Przemyślu. Owa krewna zadeklarowała, że udzieli nam schronienia i pomoże przystosować się do życia w ojczyźnie.

Grupa zesłańców – łagierników
(Michał Charchan trzeci od prawej strony)
archangielska obłast 1953 r.
fot. zbiory własne Stanisława Żak

Po wyjaśnieniu sprawy narodowości pojawił się kolejny problem – wysokie koszty podróży, które repatrianci musieli pokryć z własnych pieniędzy. Cały rok zajęło uzbieranie kwoty potrzebnej na bilety. Kiedy wreszcie Charchanowie załatwili wszystkie formalności i wydawało się, że już nic nie może przeszkodzić w opuszczeniu Chabarowska, pojawiła się jeszcze jedna niedogodność. Nie pozwolono im wracać przez Lwów. Prawdopodobnie chodziło o to, żeby przejeżdżając przez tereny, na których kiedyś mieszkali, nie spotkali kogoś znajomego i nie zdradzili, jaki los ich spotkał. A być może obawiano się, że będą chcieli wstąpić do Czyszek i upomnieć się o swoje włości. W każdym razie musieli jechać do Przemyśla okrężną drogą – przez Mińsk.

Walizka, w której Stasia Charchan przywiozła swoje rzeczy z zesłania

Ostatnim wyzwaniem przed wyjazdem było przygotowanie żywności. W trakcie długiej podroży (a ta miała trwać około dwóch tygodni) najlepiej sprawdzały się konserwy i suszony chleb. Mama i babcia Stasi przez wiele dni kroiły i układały na piecu kawałki pieczywa, które potem umieszczały w płóciennym worku. W drugim gromadzono konserwy. Pan Michał pozbijał z dykty walizki, a raczej pudła i pomalował je na różne kolory, żeby było w czym przewieźć ich skromny dobytek. Tylko Stasia miała małą, skórzaną walizeczkę. Ma ją do dzisiaj.

  – To był prawdziwy cud, że imiona j rodziców cioci Radjowskiej były takie same jak imiona moich dziadków – Katarzyna i Marcin. Ciocia mogła „udawać” córkę babci i siostrę mamy, a że innych dokumentów poza metrykami wtedy nie było, urzędnicy nie mieli możliwości sprawdzić, czyim dzieckiem była w rzeczywistości. Dzięki temu w 1957 roku mogliśmy wsiąść do pociągu, by ponownie przemierzyć te dziesięć tysięcy kilometrów.

Jestem Polką!

 W Przemyślu życie rodziny Charchanów powoli wraca do normy. Stopniowo remontują dom, na świecie pojawia się jeszcze dwoje ich dzieci – Krysia i Andrzej. Janek dorasta, uczy się zawodu, Stasia kończy liceum i planuje studia pedagogiczne. Coraz lepiej mówi w ojczystym języku, ale w głowie wciąż brzmi jej „tamta” mowa, aż pewnego dnia uświadamia sobie, że nie tylko mówi, ale też myśli po polsku.

– Dopiero wtedy poczułam, że naprawdę jestem Polką.

 

Stanisława Żak po ukończeniu liceum studiowała filologię rosyjską na Uniwersytecie Jagiellońskim. Po studiach wyszła za mąż, urodziła dwoje dzieci i przez trzydzieści lat mieszkała z rodziną w Krynicy, gdzie pracowała, jako nauczycielka. Po przejściu na emeryturę, w roku 2001 wróciła do Przemyśla. Jest prezesem Związku Sybiraków Oddział w Przemyślu. Dba by tragiczne przeżycia tysięcy ludzi, wywiezionych na Sybir nie zostały zapomniane.

 

Niniejszy tekst jest tylko zarysem przeżyć Stasi Charchan i jej rodziny. Nie da się zamknąć ośmiu lat życia w kilkunastu zdaniach, trudno oddać ból i cierpienie, jakiego doznawali zesłańcy, mam jednak nadzieję, że choć w niewielkim stopniu udało się mi pokazać tragedię ludzi, których życie dla rządzących było warte tyle, co lalki z papieru, którymi Stasia bawiła się w Chabarowsku.

Serdecznie dziękuję za poświęcony czas i proszę o polecenie tego reportażu innym osobom. Nie pozwólmy, by tragiczne losy tysięcy Polaków zostały zapomniane.